Lanzarote

Wspinaczka po kraterach wulkanów, bezludne plaże, czarne pustynie i czarne nocą niebo, białe miasta, śniadania jedzone gdzieś po drodze, swoboda w której rządzą poranki i zachody, ściany klifów i korytarze lawy, słony smak oceanu, wyspa o księżycowym krajobrazie. Lanzarote.

Pozwólcie, że przeniosę Was na jedną w wysp szczęśliwych, która od prawie dekady czekała na mojej liście „podróże”. Znalazła się na niej po opowieściach Z., który od zawsze inspiruje mnie swoimi wyprawami i z tą również nie było inaczej. Długo wyczekiwany wyjazd przyniósł miłe zaskoczenie, nie spodziewałam się tak różnorodnych krajobrazów, pięknych plaż, punktów widokowych i… atmosfery. Chociaż mówi się, że to popularny kurort turystyczny i ludzi jest multum, to w październiku, panuje tu kameralny klimat. Przynajmniej w tych miejscach, w których byliśmy. To zaskoczyło mnie najbardziej. Ludzie są dla siebie uprzejmi, zagadują na szlakach, kilkakrotnie robiłam parom zdjęcia. Nie ma tłumów, jest wielu rowerzystów, biegających, gimnastykujących się nad brzegiem oceanu, pływających dla sportu. Panuje swoboda i luz, klimat zabawy i beztroski. Widać, to szczególnie w mniejszych miejscowościach, gdzie mieszkańcy siadają w popołudniowym słońcu przed domami i rozmawiają, szykują kutry i sieci. Na ulicach lub w oceanicznych basenach pełno dzieciaków, których nikt nie musi pilnować. W porównaniu do Teneryfy, Lanzarote wygrywa swoją cichą dziką naturą. Zamiast wielkich hotelowych gmachów znaleźć tu można intymne domki z tarasami. Przybierają one nieoczywiste formy i kształty co jest jeszcze bardziej ciekawe.

My również zdecydowaliśmy się wynająć małe mieszkanko na osiedlu Las Acacias w Puerto del Carmen przez portal Airbnb, w którego skład wchodziło kilka apartamentów i ogólnodostępny ogród z basenem.

W związku z tym, że nie korzystaliśmy z usług hotelowych to, przygotowywanie jedzenia mieliśmy we własnym zakresie i tak śniadania jedliśmy po drodze, zatrzymując się tam, gdzie nas widok zauroczył. Wtedy niespiesznie wyciągaliśmy koc i zakupione wcześniej w lokalnych sklepikach guacamole (moja nowa kulinarna miłość), świeże pieczywo, owoce i wyciskany sok z pomarańczy.

Obiadokolacje jedliśmy tam, gdzie nas głód zastał, starannie dobierając wybrane wcześniej knajpki (nasze poprzednie wyjazdy odbywały się spontanicznie, co miało swoje plusy i minusy, jednak przed tym urlopem postanowiliśmy odrobić pracę domową i mój Mąż opracował kulinarną mapę Lanzarote, żeby jeść smacznie, za przystępną cenę i w otoczeniu pięknych widoków). Nie musieliśmy dzięki temu tracić czasu na poszukiwania bo wiedzieliśmy co i gdzie możemy zamówić. Tych smaków nie da się powtórzyć, chociaż próbujemy. Nasze serce zdobyły krewetki smażone w oliwie z czosnkiem, grubą solą i papryczkami.

Chociaż to wyspa wulkaniczna i zdawać, by się mogło, że oprócz księżycowej powierzchni nie należy spodziewać się niczego innego, to nic bardziej mylnego. Różnorodność krajobrazu zadziwia, pisałam o tym również we wcześniejszych postach: Sunsets of Lanzarote i Playa del Risco.

Wykorzystaliśmy czas spędzony na tej wyspie maksymalnie, rozciągając dobę jak gumę. Wstawaliśmy wcześnie, aby załapać się na poranne promienie słońca i zwiedzanie nie w upale. Przedłużaliśmy dzień do późnych godzin nocnych, aby siedzieć nad brzegiem oceanu i oglądać gwiazdy.

Niezastąpiony okazał się dla nas wpis z bloga mamasaidbecool, Monika & Hubert opublikowali subiektywny przewodnik po wyspie, dzięki któremu wiedzieliśmy, w które miejsca warto się udać. Dziękujemy Wam za cenne wskazówki! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *